Wyspy Owcze zdecydowanie podbiły nasze serca. Przygoda z Farojami zaczęła się tak jak znaczna część naszych przygód – od promocji biletów. Trochę musieliśmy pokombinować bo wylot i powrót były z Kopenhagi, przy okazji spędziliśmy kilka dni w stolicy Danii.

Na wyspy można dostać się promem z Danii bądź samolotem jednej z dwóch linii SAS lub Atlantic Airways. Żeby poruszać się po wyspach w zasadzie niezbędny jest samochód – i tu trzeba pamiętać żeby rezerwować go odpowiednio wcześnie, my niestety się zagapiliśmy i dostaliśmy stare Audi A4 za cenę zbliżoną do tej za którą w Polsce moglibyśmy je kupić.

Planując zwiedzanie Wysp Owczych należy pamiętać, że przejazdy tunelem podmorskim są płatne (opłata jest potrącana z kaucji za wynajem auta). Pierwszy łączy wyspę Vagar, na której znajduje się lotnisko ze Streymoy, na której znajduje się “stolica” – Thorshavn, zaś drugi Streymoy z Borðoy. Na pozostałe wyspy można dostać się mostem, promem, łodzią lub helikopterem – zwłaszcza ostatnia opcja jest ciekawa ponieważ na Farojach są najtańsze loty helikopterem na świecie, niestety można skorzystać tylko raz na dzień, więc trzeba zaplanować inny sposób powrotu.

My pierwsze dwie noce spędziliśmy u znajomej w Klaksvik i zwiedziliśmy północ a następnie przenieśliśmy się do Thorshavn – korzystając z Airbnb.

Absolutnym niezbędnikiem do zwiedzania owczych jest oficjalny folder ‚Hiking in Faroe Islands’ dostępny online (http://www.visitfaroeislands.com/see-do/hiking/) oraz za darmo w wielu językach na lotnisku i w punktach informacji turystycznej. 

Na pierwszą wyprawę wybraliśmy latarnię morską na Kalsoy – wyspę na którą można się dostać wyłącznie promem odpływającym z Klaksvik. 

Dalsze kroki skierowaliśmy na kolejne północne wyspy Kunoy i Viðoy,

A po powrocie czekał na nas tradycyjny farelski obiad – gotowane głowy owiec. Sprzedawane głowy są pozbawiane wcześniej mózgu i oczyszczane. Jadalną częścią jest policzek i język. Natomiast wykrawanie mięsa z głowy leżącej na talerzu jest specyficznym przeżyciem.

Następnego dnia wybraliśmy się na rejs wypływający z Vestmanny gdzie po raz pierwszy zobaczyliśmy maskonury, a następnie  postanowiliśmy zdobyć najwyższy szczyt archipelagu – Slættaratindur. Przejeżdżając trafiliśmy na dość rzadki widok – Grindadrap (a w zasadzie jego końcówkę) czyli polowanie na grindwale. Gdy ktokolwiek wypatrzy przepływającą ławicę grindwali ma obowiązek powiadomić policję, następnie wzywani są rybacy, którzy zaganiają ławicę na plażę, gdzie czekają już mieszkańcy ze specjalnymi narzędziami. Tam grindwale są zabijane i wyciągane na plażę a ich mięso rozdzielane pomiędzy mieszkańców, nic się nie marnuje. Kiedyś od grindadrapu zależało przetrwanie zimy.

Tego dnia na kolację zjedliśmy kolejny farelski przysmak – gulasz z grindwala, mięso jest dość twarde, przypomina wołowinę z tranowym posmakiem.

Trzeci dzień był zdecydowanie najlepszym naszym dniem na wyspach. Od samego rana przywitało nas piękne słońce i skierowaliśmy się na prom na Mykines – wyspę maskonurów. Zdjęcia nie oddają tego przeżycia kiedy nad naszymi głowami latały tysiące ptaków.

Wieczorem wybraliśmy nieco mniej kontrowersyjną kuchnię – Etika Sushi w Thorshavn, aczkolwiek mimo superświeżych ryb nie było to najlepsze sushi jakie jedliśmy.

Ostatniego dnia wybraliśmy się nad słynne jezioro na klifie, jednak bez drona nie ma szans zobaczyć go z tej perspektywy z której można je obejrzeć w przewodnikach – jak na zdjęciu poniżej (fot. Alistair Hamil źródło internet)

Podsumowując był to jeden z naszych najlepszych (mimo, że krótkich) wyjazdów 🙂