Dubaj był naszą destynacją przesiadkową, z której następnie lecieliśmy na Sri Lankę.
Pomyśleliśmy: skoro tu już jesteśmy to czemu czegoś nie zobaczyć?

Pierwsze wrażenie po wyjściu z samolotu? Powietrze. Strasznie, ale to strasznie gorące, nie do wytrzymania. Uczucie jest mniej więcej takie jakby ktoś skierował strumień ciepła z suszarki prosto w twarz. Powietrze pustynne jest nie do wytrzymania. Wszędzie w Dubaju jest klima. WSZĘDZIE. W pokojach, w sklepach, nawet w windach i na przystankach autobusowych.

Jeśli już mowa o przystankach, a więc o miejscach publicznych, to drugie najdziwniejsze wrażenie jest następujące – tam nikogo nie ma! Miasto wielkości Nowego Jorku o przepotężnych, strzelistych wieżowcach jest puste! Nie ma ludzi na ulicach, a na sześcio, siedmio czy nawet ośmio-pasowych autostradach jeździ tyle aut, że zawsze dwa pasy są puste.

Po przyjechaniu taksówką do hotelu udaliśmy się do pokoju. Tu kolejna niespodzianka. Tu wszystko jest wielkie, monumentalne i trochę na wyrost. Za pokój w hotelu za ok 100 Euro spodziewaliśmy się normalego standardu. To co otrzymaliśmy to pokój co najmniej 30m2, basen, strefa SPA, wielka łazienka i marmurowe posadzki. Tam nie oszczędza się na niczym. Tam również pojęcie minimalizmu chyba nie jest znane :). Natomiast ceny jak w Polsce – a przy okazji Dirham ma przelicznik praktycznie 1:1 do złotówki.

Jeśli chodzi o małą ilość osób w przestrzeni publicznej to chyba przekonaliśmy się jak to działa dnia następnego. Koło naszego hotelu, po drugiej stronie ulicy, znajdowała się ciekawa budowla i park razem z nadmorską promenadą. Gugle mówiły – 600 metrów od nas. Myślimy więc – blisko! – i idziemy.
Wróciliśmy się z powrotem do hotelu po ok. 250 metrach. Przy odczuwalnej temperaturze 51 C + czynnik (na pewno nie “chłodzący”!) wiatru w tym powietrzu po prostu nie da się funkcjonować. Mózg wysyła sygnały “ratuj” po chwili. Nie da się rozmawiać. Nie da się oddychać. Pot zalewa całe ciało w przeciągu kilku minut. Można pić wodę, ale to nie pomaga.

Już wiemy dlaczego tu nikogo nie ma na ulicach w ciągu dnia, kiedy parzy słońce. Życie na ulicach zaczyna się po zachodzie słońca.
Co więc tu robić? Jest tu największe centrum handlowe na świecie. A przy nim Burj Khalifa, 163 piętrowy – najwyższy budynek na świecie (828m). Oba obiekty znajdują się koło siebie a pomiędzy nimi słynna fontanna.
W centrum handlowym – znowu – wszystko nad wyraz wielkie, wystawne, potężne. Mania wielkości. Szejkowie, Azjaci, biali. Wszyscy w zakupowym szale. Konsumpcjonizm poziom 1000. Nie nasz klimat. Na środku centrum znajduje się akwarium mieszczące 10 milionów litrów wody i 140 gatunków. Przeszliśmy się, zrobiliśmy zdjęcia i poszliśmy zobaczyć Burj Khalifę. Wjazd na górę (124, 125 i 148 piętra są otwarte dla zwiedzających) kosztuje $37 na osobę, a widok z góry to głównie pustynia.
A więc tak tu się spędza czas. Kupując i konsumując. Cały czas.

Ogólnie nasza konstatacja na temat Dubaju jest dwojaka. Z jednej strony miasto robi kolosalne wrażenie przepychem i bogactwem, a z drugiej strony cały czas gdzieś z tyłu głowy rodzi się pytanie – “po co”? Jaki jest tego cel? Miasto w którym cały czas coś się buduje, jeszcze większe, jeszcze bardziej potężne. Ale tam nie ma ludzi. Nie ma historii. To jest sztuczne. To jest wszystko na niby.
Jak w arabskich baśniach.